Akademia Sztuk Pięknych

w Warszawie

Wystawa KATA/KAMI prof. Elżbiety Baneckiej w Galerii Kordegarda

Opublikowano 8 października 2020

Kimono czyli ogród ciała. 

O sztuce Elżbiety Baneckiej

Mam wrażenie, że twórczość Elżbiety Baneckiej, jej malarstwo, grafika, formy przestrzenne, rysunki, projekty – budują niezwykły  most łączący dwa światy: Cienia i Jasności. 

Jun’ichirō Tanizaki ( 谷崎 潤一郎 T, 1886-1965) jeden z najprzenikliwszych pisarzy japońskich i obserwator szybko zmieniającego się świata w pierwszej połowie XX w. , w zbiorze krótkich esejów zatytułowanym Pochwała cienia postawił takiego pytanie: „Dlaczego skłonność do szukania piękna w ciemności występuje z taką siłą tylko u ludzi Wschodu? Mogę się mylić , ale nie wydaje mi się , aby ludzie Zachodu  – mimo, że w ich dziejach także była epoka, w której nie znano elektryczności , gazu i ropy naftowej  – cechowało umiłowanie cienia”. Być może to właśnie przejście ze światła do cienia, a potem powrót to jasności,  jest źródłem fascynacji kulturą japońską, powracającą nie jako wizualny wzór,  lecz raczej jako zbiór pytań, na które artyści stale dają swoje własne odpowiedzi. Ta właśnie wędrówka między mrokiem a światłem jest  widoczna w wielu pracach Elżbiety Baneckiej. Być może nawet jest istotą metody, z jaką artystka przygląda się zjawiskom, które jako „znaki” pobiera z kontekstu japońskiej kultury, ale które jako „formy” rozwija ku naszemu „zachodniemu” spojrzeniu – ku naszej wędrówce do światła. 

Ogród ciała

Kiedy po raz  pierwszy zobaczyłam grafiki Elżbiety Baneckiej zatytułowane Ryōan-gi  stanął mi przed oczami poranny rytuał czesania kamieni, układających się jak faktura czerpanego papieru wokół nieregularnej ciemnozielonej wyspy z czarnymi głazami  po środku. Temu widokowi w zespole buddyjskim w Ryōan-gi, w Kioto towarzyszył cichy lecz przejmujący dźwięk kamyczków pod drewnianym  prostokątnym „grzebieniem”. To były te chwile, gdy się widzi się dźwięk i słyszy biało-szary kolor. 

Po drugiej stronie, po niedługiej chwili, odezwał się nieco inny szmer –  to wewnątrz budynku powstawał nowy kamienny ogród  sekitei (石庭). Kilka lat wcześniej  przeczytałam rozważania, które Tonder i Lyons prowadzili pod kierunkiem Yishimichy Eijimy na terenie Ryoan-ji. Napisali wówczas, że z punktu widzenia psychologii percepcji – te szare wygrabione ślady kontrolowanego ruchu ludzkiej ręki – są obszarem do projekcji naszych najskrytszych wyobrażeń i myśli, prowadząc je niejako,  ale jednocześnie   stale  zawracając,  ku punktowi zaczepienia  w stronę  kamienia – który jest esencją naszego kontemplowanego problemu i na którym dokonuje się projekcja naszych myśl. 

Ogrody zen są więc ogrodami ciała – pomyślałam – ciała, które dzięki zmysłom uczy się skupienia i zjednoczenia z wyobraźnią. Tak jak płyty graficzne i powierzchnie obrazów  stanowiące  matryce wrażliwości  artystki oddają  jej wewnętrzny  „ryt” i  ukrytą „rysę”. Wybór właśnie Ryōan-gi (龍安寺), nie był –  jak mówi Elżbieta Banecka przypadkowy i wynikał ze zbiegu różnych okoliczności oraz intencji znalezienia się w tym miejscu. Ten niezwykły świątynny kompleks w Kioto, żyjący zarówno aktywnością mistrzów i uczniów Zen,  jak i odwiedzinami wielu znawców i turystów z całego świata – odróżnia się od innych japońskich miejsc kontemplacji pewną znamienną i awangardową cechą – wynikającą z tego, że „jego twórcami  byli uczniowie Zen’amiego, utalentowani pariasi, którzy odważyli się łamać obowiązujące zasady estetyczne”. Ta nieczęsto spotykana w japońskiej sztuce wolność eksperymentu w obszarze historycznym i świątynnym – jest być może właśnie tym, co sprawia iż wspomniany most łączący Mrok Wschodu z Jasnością Zachodu – fascynuje nieustannie i staje się początkiem nowych dzieł. 

Zaburzenie, zmiana skali, odwrócenie skutku i przyczyny, które jak ciemny duch unoszą się w Ryōan-gi  mogą stanowić też klucz do innych prac realizowanych konsekwentnie przez lata przez  Elżbietę Banecką. Artystka „sprawdza” bowiem nieustannie położenie  granic, do których przekraczania prawo daje sztuka. Sprawdza, eksperymentuje, zmienia – ten właśnie proces możemy zobaczyć w traktowaniu zjawiska zwanego kimono (着物 ki-mono) – będącego dla świata Zachodu istotą japońskiego stroju. 

Kimono jako ogród

Kimono, to jednak nie tylko stary, związany w Japonii z długą  tradycją – strój, którego historia zaczyna się między VIII a XII w. i obfituje w wiele wątków, ale przede wszystkim – to kwintesencja traktowania tej formy stroju – jako środowiska, w którym żyje ciało. Nie „ubrania”, lecz raczej świadomie ukształtowanego „otoczenia” – jak ogród , który porządkuje naturę wedle wyobrażonego planu. Kimono to fragment świata. Zapewne znawcy kultury japońskiej nie zgodzą się z takim podejściem , ale wynika ono z rozmów i wykładów, które przydarzyły mi się na Uniwersytecie Sztuk w Kioto. „Kiedy czerpiesz papier, aby wylać go następnie na przetrawioną płytę  – to tak, jakbyś obracała się wewnątrz perfekcyjnego kimona , które zaprojektowano z myślą o wielkości kroków i szybkości ruchów, które wykonujesz” – powiedział Akira Kurosaki (1937-2019) prezentując prace swoich studentów.

Cykl Kimon Elżbiety Baneckiej jest piękną ścieżką takiego podejścia. Kimono jako „znak” zostaje użyte przez nią do wędrówki przez różne „pokoje” cienia i światła, ujawniając swoja architekturę i bryłę. Swoje zewnętrze i wnętrze, konstrukcję i symbolikę, aż w końcu ulega presji światła, owej zachodniej jasności i łatwości eksperymentu, które czynią z kimona znak naszej komunikacji. 

W tym sensie to stałe poszukiwanie przez artystkę  nowej, innej formy, używanie kimona jako medium, pomieszanie formy i znaczenia, jest jak poranne i wieczorne  czesanie kamieni w Ryōan-gi. Jest jak zatarcie różnicy między kamieniem i papierem,  tuszem i nicią, wodą i powietrzem. 

Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że możemy „czytać” te obrazy, słyszeć kolory, widzieć w nich swoje odbicia, sięgać do Kultury Cienia jak pisał Jun’ichirō Tanizaki, a potem jeszcze o tym wszystkim ze sobą rozmawiać. 

Dorota Folga Januszewska (26.09.2020)